Nowe plany Sojuszu
Sojusz Lewicy Demokratycznej pod przywództwem Grzegorza Napieralskiego uderza mocno. Newsweek przytacza nowe plany Sojuszu: ochrona prawna dla ateistów, usunięcie symboli religijnych z urzędów, refundowanie antykoncepcji i ułatwienie aborcji. Są to zamierzenia dobre, choć bardzo trudne do zrealizowania. Już zaczęły się sypać z ust polityków prawicy typowe argumenty: Bierut, walka z Kościołem, przypominany jest prymas Wyszyński i ksiądz Popiełuszko. Argumenty bzdurne i pokazujące, że oprócz próby grania na emocjach prawica nie potrafi podać racjonalnego argumentu przeciw.
Władzę na lewicy z biegiem czasu zaczynają przejmować coraz młodsi ludzie. Argument typu „internujcie prymasa” zasługuje najwyżej na wzdrygnięcie ramionami. Tak samo usunięcie krzyży z urzędów i ze szkół (wyłączając jak rozumiem sale katechetyczne) – jest to rzecz normalna w każdym nowoczesnym, świeckim państwie. Tak więc na krzyki prawicowców o „walce lewicy z Kościołem, który tak dużo zrobił dla Polaków w ciągu ostatnich 200 lat” także nie należy reagować. Bo co można powiedzieć? Jak udowodnić krzyczącym, że krzyże w urzędach i klasach szkolnych mają się nijak do neutralności światopoglądowej państwa? Nie da się, oni i tak powtarzać będą w kółko „Bierut”, „Berman” itp.
Jedyne co zastanawia to „ochrona prawna dla ateistów”. Szczerze mówiąc nie zauważyłem by ateiści byli dyskryminowani. Problemy oczywiście są, szczególnie w szkołach gdzie zwłaszcza w mniejszych miejscowościach dochodzi do pewnych aktów nietolerancji wobec dzieci nie chodzących na lekcję religii. Ale temu można zaradzić przywracając naukę religii w kościołach. Nie wydaje mi się jednak, by dorośli – ateiści potrzebowali jakiejś ochrony prawnej.
SLD dobrze robi zajmując jasne i twarde stanowisko w sprawach światopoglądowych. Tylko że tego typu działania są akurat najłatwiejsze. Aby wrócić nie wystarczy tylko walka o świeckość państwa. To jest rzecz ważna, ale jednak drugoplanowa. Tylko że tymi pierwszoplanowymi mam wrażenie że ekipa Napieralskiego nie za bardzo ma ochotę się zajmować.
“Szarak” kontra “Beton”
Jutro kongres Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Ważny, choć bez przesady, nie tak w każdym razie jak chciałyby media. Lewica jest na dnie i mam coraz poważniejsze wątpliwości, czy którykolwiek z kandydatów jest w stanie Sojusz z tego dołka wyciągnąć.W szranki stanęli Wojciech Olejniczak i Grzegorz Napieralski. „Szarak” i „Beton”. Obaj „zrobieni” przez eseldowską starszyznę na liderów, teraz stanęli przeciwko sobie. Wybór czy to jednego czy drugiego tak naprawdę nic nie zmieni, obaj są bez charyzmy, obaj pokazali że nie potrafią zapewnić SLD przyzwoitego poparcia.
Wydaje się że większe szanse ma Wojciech Olejniczak, wśród bossów cieszy się większym poparciem. Tylko że ma on problemy z określeniem własnej lewicowości. Najpierw jest gorącym zwolennikiem współpracy z Demokratami, potem przypomina sobie że SDL jest jednak zbyt różny do dawnej Unii Wolności i współpracę zrywa. Raz mówi że ustawa aborcyjna to kompromis, potem zmienia zdanie i zauważa że kompromisem jednak nie jest. I tak cały czas. Jego plusem jest otwartość na inne środowiska i dobra współpraca z „nadzieją lewicy” – środowiskiem Krytyki Politycznej. Ale jest kompletnie bezbarwny a lewica potrzebuje charyzmatycznego przywódcy.
Napieralski – ma poparcie dołów i partyjnego „betonu”. Ale wśród bossów Sojuszu nielubiany. Nie rozumiem za bardzo kpin z jego zafascynowania Zapatero, wszak hiszpański premier pokazał że lewica może realizować swoje hasła bez oglądania się na chociażby głos Kościoła. Tak samo pomysł większej współpracy ze związkami zawodowymi – żenujące były głosy „socjaldemokratów” odcinających się od OPZZ. Jednak minusem Napieralskiego jest pewne skostnienie, czy też dogmatyzm. A przez związanie się z „betonem” stał się niejako ich zakładnikiem. A ich nie obchodzi jak ma wyglądać lewica, wartości socjalistyczne- tylko stołki. Brak intelektualnego zaplecza jest kolejną wadą jego kandydatury.
Wychodzi na to że obie kandydatury nie są za dobre. Dziś pojawiła się plotka że do wyścigu może włączyć się Katarzyna Piekarska, ale to już jest raczej political-fiction. Nie sądzę jednak, aby przegrany próbował dokonać jakiegoś rozłamu w Sojuszu. Bo gdzie mieliby pójść? Do Borowskiego? Do Millera? Stworzyć kolejną lewicową kanapę? Żaden z nich nie zdecyduje się na polityczne samobójstwo.
Ja sam byłbym zwolennikiem rozwiązania Sojuszu i budowania nowej silnej lewicy od nowa. Bez Janików, bez Nikowskich w tle. Ale szanse na to są niestety zerowe. Otrzeźwienie przyjdzie dopiero wtedy, kiedy Sojusz nie wejdzie do Sejmu.
Miłość Bugaja do PiS
We wczorajszej Gazecie Wyborczej dostało się Ryszardowi Bugajowi. Jacek Żakowski skrytykował go za wypowiedzi odnośnie nie wypełnienia oświadczenia lustracyjnego Geremka:
„Nie dziwę się, że tego nie rozumie zafascynowany kaczyzmem Ryszard Bugaj. Komentując decyzję eurodeputowanego, zaszedł w PiS-owskiej logice tak daleko, że przemówił do czytelników „Dziennika” marcowym językiem i starał się ich przekonać, iż za postawą Geremka nie stoją wartości, lecz cyniczna nadzieja na zagraniczną (a jakże!!!) karierę.”
Mocne. Żakowski z tym porównaniem do języka marcowego trochę się zagalopował, jednak przy okazji poruszył ciekawą sprawę fascynacji Bugaja braćmi Kaczyńskimi. Ryszard Bugaj był zawsze lewicowcem „pełną gębą” na początku swej kariery budził nadzieję na stworzenie w Polsce lewicy niepostkomunistycznej, bez dawnych kacyków. Unia Pracy nie była silną partią, ale wyborca o lewicowych poglądach mógł na nią głosować z czystym sumieniem, bez wyrzutów że jego głośnie idzie na „socjaldemokratów” typu Oleksy. Ziółkowska, Małachowski, Bujak – te osoby w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych pokazywały że lewica może być inna. W wyborach w 1997 roku, partia nie dostała się do parlamentu i jak do tej pory spełnia rolę przystawki SLD.
W sejmie II kadencji, Unia Pracy zasłynęła z obrony neutralności światopoglądowej państwa, jego rozdziału od kościoła, praw kobiet i mniejszości wyznaniowych. Nie zapominała o ludzi ekonomicznie skrzywdzonych przez przemiany gospodarcze, krytykowała ówczesną politykę gospodarczą koalicji SLD i PSL. Unia Pracy była jedyną lewicową partią w III RP która miała swoich przedstawicieli w parlamencie.
Tymczasem od 2005 roku Ryszard Bugaj zaczął się od lewicy, od lewicowych wartości odwracać. Nie pod względem gospodarczym, tylko obyczajowym. W wyborach prezydenckich poprał Lecha Kaczyńskiego, co można jeszcze wytłumaczyć. W końcu Lech Kaczyński jest lewicowy w kwestiach gospodarczych, natomiast w kwestiach obyczajowych bardziej liberalny od brata. Ale okazywanie miłości do PiS trwało dalej. Oto dowiedzieliśmy się od Bugaja że Prawo i Sprawiedliwość jest kontynuacją przedwojennego PPS. Bugaj nie widział zawłaszczania państwa przez rządy PiS-u z przystawkami, nie przeszkadzał mu ani Giertych, ani Lepper, dawnemu obrońcy niezależności państwa od kościoła nie zatrwożyły próby wpisania zakazu aborcji do konstytucji, ani panoszenie się Rydzyka. Bugaj cały czas widział tylko to co chciał widzieć, czyli ujęcie się Kaczyńskich za biednymi.
Z kolei nagle do Bugaja sympatią zapałali Kaczyńscy, prawicowi publicyści i blogerzy. Ci którzy kiedyś krytykowali go za lewicowość, bezbożność, nagle zaczęli nazywać go „sumieniem lewicy”, „jedynym prawdziwym lewicowcem”. Nagle okazało się że w Polsce jest tylko jedna osoba godna bycia prawdziwym lewicowcem. Tylko wszystko to sprawia wrażenie że pochwał od prawicy Bugaj nie zbiera za swoje poglądy, tylko za popieranie Kaczyńskich. Gdyby Sierakowski nagle zaczął pisać artykuły wychwalające Kaczyńskich pod niebiosa, mielibyśmy niedługo już dwóch „prawdziwych lewicowców”.
Skąd wzięła się ta miłość Jarosława Kaczyńskiego do Bugaja? Wszystko wskazuje na to że szef PiS chciał powtórzyć manewr Lecha Wałęsy, ten też chciał pokazać Polakom kiedyś gdzie jest prawdziwa lewica (Fiszbach) i głosować należy na nią. Kaczyński widząc, że SLD słabnie coraz bardziej, też chciał stworzyć taką lewicę którą on może zaakceptować jako jedyną dobrą dla Polski. I choć póki co plan nie wypalił, sądząc po ochach i achach nad Bugajem w propisowskich mediach idei stworzenia “swojej” partii lewicowej Kaczyński nie porzucił. Tylko kogo wyznającego lewicowe wartości może przyciągnąć Bugaj, wpatrzony w Kaczyńskich jak obrazek?
Ex-lewicowcy zadowoleni z siebie
Jakie jest samopoczucie człowieka który obrzydził Polakom słowo „lewica” ? Znakomite. Takie wrażenie odniosłem, czytając wywiad Sławomira Sierakowskiego z Aleksandrem Kwaśniewskim w nowym numerze Krytyki Politycznej. Były prezydent ma sobie mało do zarzucenia, nie czuje się winny temu że obecnie na polskiej scenie politycznej liczą się partie prawicowe. To nie jego wina – tak wynika z wypowiedzi Kwaśniewskiego.
Oczywiście trudno Sojusz Lewicy Demokratycznej – szczególnie ten z lat 2001-2005 – zaliczyć do lewicy. Bo jak można nazwać lewicową partię która popiera podatek liniowy czy kaja się kiedy zruga ją arcybiskup. A z tym właśnie mieliśmy do czynienia w tamtych latach. Kiedy Sierakowski pyta Kwaśniewskiego dlaczego Sojusz nie próbował zmienić rygorystycznej ustawy antyaborcyjnej słyszymy znów te same żenujące tłumaczenia – „ustawa jest kompromisem” , pada tekst o pozyskanie przychylności episkopatu w sprawie wejścia do Unii Europejskiej. Kiedy pada pytanie o rozwarstwienie społeczne, Kwaśniewski przede wszystkim cieszy się z wysokiego wzrostu gospodarczego. Ten wywiad doskonale pokazuje jak daleko pan prezydent odszedł od lewicy.
Kwaśniewski i Miller – ten duet doprowadził do tego że lewica nieprędko przejmie władzę w Polsce. Cyniczni pragmatycy przebrani za wrażliwych lewicowców doprowadzili do tego, że o władzę walczą konserwatyści z konserwatywnymi liberałami. Pierwszy odrzucał stylem swojej prezydentury – dworem, zabaw w towarzystwie największych biznesmenów. Drugi był szefem jednego z najbardziej skorumpowanych rządów. Choć Aleksandrowi Kwaśniewskiemu można oddać to że chociaż przyznaje się że coraz dalej mu do lewicy. Bardziej żałosny jest Miller, który nagle przypomniał sobie o swojej lewicowości i próbuje klecić jakąś partyjkę.
Współczesne SLD nie różni się za bardzo od starego. Mamy „centrowego” Olejniczaka (wcielenie Kwaśniewskiego) i „betonowego” Napieralskiego (wcielenie Millera). I mimo że Ci dwaj nie muszą już sypać głów popiołem za PZPR i PRL nadal boją się nadać swojej partii bardziej lewicowego wizerunku. Choć w sumie nie powinno to dziwić, skoro za wyborem przewodniczącego SLD stał Aleksander Kwaśniewski. Doszło do takiej sytuacji, że nawet kiedy Sojusz jako jedyna partia sprzeciwia się wliczaniu ocen z religii do średniej wrażenie jest takie że nie robi tego z pobudek ideowych tylko dla nabiciu parę punktów w sondażach.
Kwaśniewski jest z siebie zadowolony. Miller zapewne również. Niezadowoleni są jedynie ludzie o lewicowych poglądach, którzy zostali postawienie przed wyborem: czy lepiej głosować na bardziej liberalną światopoglądowo PO, czy na bardziej socjalny PiS.
Czekając na nową lewicę
LiD już dogorywa, ostatnie sondaże dają mu 6%, co oznacza nic innego, jak koniec tego tworu. Nie pomoże ani komisja w sprawie Blidy, ani działania próbujące pokazać jak to SLD wrócił do lewicowych korzeni -np. zaskarżenie do Trybunału Konstytucyjnego religii na maturze. Partia Olejniczaka nadal jawi się ludziom jako ugrupowanie skorumpowane, ideowo sprzeczne, gdzie ton nadal nadają ludzie skompromitowani jak Kwaśniewski czy Szmajdziński.
W prawicowych kręgach panuje przekonanie że w Polsce lewica nie jest potrzebna, a jej elektorat przejęły PiS (gospodarczo) i PO (światopoglądowo). Jan Rokita głosił kiedyś że Polacy są z natury prawicowi więc na co komu takie ugrupowanie. Są to oczywiście tezy głupie, nie mające żadnego uzasadnienia i nie warto się nimi zajmować. Do zagospodarowania jest około 30% głosujących – to są potencjalni wyborcy mogący oddać głos na partię lewicową.
Polska lewica ma wspaniałe tradycje, wystarczy przypomnieć dwudziestolecie międzywojenne i rolę PPS. Partii takich ludzi jak Daszyński, Lieberman czy Limanowski, partii która była jedynym rozsądnym obok PSL-u ugrupowaniem gdy dookoła szaleli bojówkarze od Dmowskiego, czy sanacyjni anty-demokraci. Także we współczesnych, powojennych czasach lewica mogła i może poszczycić się takimi osobami jak Jacek Kuroń, Jan Józef Lipski, Aleksander Małachowski i wielu innych którzy potrafili pokazać w czasach PRL-u że prawdziwa lewica to nie PZPR i czynnie działali na rzecz obalenia „komuny”.
Czy może więc w naszym kraju powstać nowa, socjaldemokratyczna partia? Taka, na którą będą głosować także Ci, których dotychczas odstraszały takie osoby jak Miller, czy Sekuła? Wydaje się że tak, rządy PO pokażą że partia ta mało różni się od PiS-u, będzie jedynie trochę mniej radykalna w sprawach światopoglądowych a bardziej radykalna w sprawach gospodarczych. I ci, którzy cenią sobie wolność światopoglądową a którzy nie wyznają bezkrytycznie doktryny neoliberalnej (która w Polsce sprowadza się głownie do haseł typu „podatek liniowy i będzie wszystko dobrze”), będą poszukiwać nowej, „swojej” partii. Takiej która nie będzie ludziom wchodziła pod kołdrę, mówiła im jaki system wartości jest dobry, która nie będzie traktowała inaczej ludzi innej wiary czy orientacji seksualnej. I w końcu wolnej od bezmyślnego promowania dzikiego kapitalizmu wyrzucającego poza nawias wszystkich tych którym z jakichś powodów się „nie udało”. Bo lewicowiec to człowiek, który jak kiedyś trafnie napisał Piotr Ikonowicz,: „…wierzy, że człowiek nie jest tak zły jak chcą liberałowie, lecz dość dobry aby uzasadnić życie z myślą o innych, a nie tylko o sobie samym. Tylko bowiem optymistyczna wizja człowieka pozwala wierzyć w zwycięstwo, tej lepszej, społecznej części jego natury”.
Wierzę, że lewica jeszcze dojdzie do władzy w naszym kraju. Taka za którą nie będę musiał się wstydzić. Pozostaje tylko czekanie, na powstanie takiej formacji. Oby nie za długie.
Polska lewica czeka na swojego Zapatero
Polska lewica wydaje ostatnie tchnienia. Wyborcy nie uwierzyli w odmłodzenie kierownictwa, czemu trudno się dziwić obserwując ostatnią kampanię wyborczą – SLD miało (niestety) twarz Kwaśniewskiego, Olejniczak błąkał się gdzieś w tle. Przewodniczący Sojuszu nie podołał zadaniu, nie udało mu się przywrócić swojej partii lewicowości, tchnąć w nią życia. Lid okazał się farsą, tworem dalece niespójnym, jasne stało się że ideały socjaldemokratyczne nie są możliwe do pogodzenia z liberalizmem reprezentowanym przez Partię Demokratyczną. Poza tym ludzie jeszcze nie zapomnieli „wyczynów” ekipy Leszka Millera, a jego ludzie mają się w SLD dobrze np. Szmajdziński czy Łybacka.
Olejniczak się nie sprawdził, ale czy jest gdzieś na lewicy ktoś, kto mógłby przejąć przywództwo na lewicy i zrobić z SLD prawdziwie lewicową partię? Napieralski ma podobno chęć objąć przywództwo – ale z poparciem betonu nie pchnie partii na nowe tory, co najwyżej do głosu dojdą ludzie dzięki którym lewica kona. Póki co nie widać na lewicy żadnego polityka, który mógłby zreformować SLD czy też zbudować nowe, socjaldemokratyczne ugrupowanie.
Aleksander Kwaśniewski był odpowiedni na lata dziewięćdziesiąte, kiedy lewica potrzebowała przywódcy-dyplomaty, umiarkowanego i nie budzącego kontrowersji. To były czasy kiedy lewica cały czas musiała przepraszać za to że istnieje, uważać na swoje działania aby prawica nie podniosła krzyku że wraca komuna. Ten sam schemat przywództwa powielali następni szefowie Sojuszu – fakt, Miller był „twardszy” od pozostałych, ale też się bał prawicy. To wszystko sprawiło, że lewica oddała pola we wszystkim, nie chciała zaproponować budowy państwa w duchu socjaldemokratycznym, ślepo zaakceptowała neoliberalizm jako doktrynę gospodarczą (dopiero teraz usłyszałem od polityka lewicy że wato podążać drogą Szwecji). Nie chcąc drażnić kościoła zgodziła się na restrykcyjną ustawę antyaborcyjną, „przymusową” w gruncie rzeczy naukę religii w szkołach. Dopiero niedawno- dość niemrawo – zaczęła stawać w obronie mniejszości przed dyskryminacją.
Brakuje polskiej lewicy kogoś takiego jak Zapatero – polityka odważnego, z klarowną wizją. Nie wszystkie pomysły hiszpańskiego premiera są oczywiście dobre, ale jest on przykładem na skuteczne działanie i nieuleganie żadnym naciskom ze strony kościoła czy histerii ugrupowań prawicowych. Nie bał się wprowadzić zmian w prawie umożliwiających małżeństwo osobom tej samej płci, wycofać wojsk z Iraku – bez przepraszania i pokrętnych tłumaczeń jak to miała w zwyczaju nasza lewica. Jeśli polska lewica dalej będzie taka strachliwa już nigdy nie dojdzie do władzy, w polityce będzie się mówiło „językiem prawicy” (już teraz gdy mowa o aborcji wszyscy, łącznie z niektórymi politykami lewicy, używają określenia dzieci nienarodzone), mniejszości będą dyskryminowane nadal, o świeckości państwa możemy zapomnieć a dziki neoliberalizm będzie dalej pogłębiał podziały w społeczeństwie. I ta wizja niestety wydaję się bardziej realna.
Co u lewicy?
Ano nic. Lewica po wejściu do Sejmu zapadła w letarg, żadnego podsumowania, żadnych wniosków. Była co prawda mała burza medialna jakoby Napieralski miał zastąpić Olejniczaka ale szybko to przycichło. Politycy Sojuszu zapowiadają rozliczenie władz partii na kongresie, czyli kiedy głosy niezadowolonych zostaną wyciszone. Na razie panuje zadowolenie że udało wejść się do parlamentu, nie zapowiada się też żadna poważna dyskusja nad tym jaka ma być lewica, co zmienić, jaki program przedstawić społeczeństwu. Cisza.
Eksperyment pod tytułem LiD nie wypalił, podobnie jak próba wykorzystania Aleksandra Kwaśniewskiego jako „twarzy” kampanii. Widok podpitego ex-prezydenta skutecznie odciągnął wahających się LID czy PO. Poza tym ile w Kwaśniewskim zostało tej lewicowości – zbratał się z wielkim biznesem, zakosztował wygód i luksusu, hasła socjaldemokratyczne w jego ustach będą brzmiały nieszczerze. Jako prezydent głośno powiadał się chociażby przeciwko liberalizacji ustawy antyaborcyjnej – ten człowiek jest już daleko od lewicy. Sojusz z demokratami był nieporozumieniem, z jednej strony słyszeliśmy o powrocie do lewicowej wrażliwości z drugiej nastąpiło łączenie się z ugrupowaniem lansującym neoliberalne hasła gospodarcze, to jak łączenie wody z ogniem – nie może się udać.
Czy Olejniczak jako szef SLD sprawdził się? Nie, odmłodzenie kierownictwa nic nie dało, było tylko przykrywką. Niedawna kampania pokazała że w Sojuszu rządzi Kwaśniewski i jego ludzie, Wojciech Olejniczak sprawia wrażenie wykonawcy ich poleceń. Ale Napieralski jako pierwszy na lewicy nie byłby lepszy. To człowiek betonu, dawnych baronów z rozrzewnieniem pamiętających panowanie Leszka Millera, władców SLD w powiatach i gminach, dawnych aparatczykach którzy gdzieś mają lewicowe hasła dbają jedynie o własne stołki i układziki. Z takimi ludźmi nie da się budować nowej lewicy, socjaldemokracja jest im koncepcją obcą. Tak więc Napieralski jako szef SLD uspokoiłby aparat, ale Sojusz pozostałby takim ugrupowanie jakim jest – bezideowym, bez żadnego planu na Polskę. Przykład owej bezideowości mieliśmy ostatnio, w Poznaniu odbył się Marsz Równości promujący tolerancję wobec mniejszości. Nie pojawił się na nim żaden z prominentnych polityków lewicy. Owszem to nie jest miejsce do promowania partii, nie chodzi o flagi z logiem. Ale była okazja do pokazania że jedynie lewica w Polsce przejmuje się nietolerancją, że tylko lewica może zatroszczyć się o odrzuconych, wyszydzanych za „inność”. Nie było nikogo. Ważniejsze było dogadywanie się z PiS w sprawie telewizji.
-
Archiwa
- czerwiec 2009 (2)
- listopad 2008 (3)
- wrzesień 2008 (4)
- sierpień 2008 (2)
- lipiec 2008 (3)
- czerwiec 2008 (6)
- maj 2008 (8)
- kwiecień 2008 (8)
- marzec 2008 (11)
- luty 2008 (11)
- styczeń 2008 (4)
- grudzień 2007 (4)
-
Kategorie
-
RSS
Wpisy RSS
Komentarze RSS